Poniedziałek, 21 maja 2012 | Imieniny: Jana, Moniki i Wiktora
Rodzina A A A

Trzy metry na głowę

Wtorek, 03 marca 2009 12:14

Małżeństwo z czwórką dzieci zamieszkało w jednym pokoju w Crawley. Nowy „dom” okazał się więzieniem, z którego jedynym wyjściem był „bruk”. Wytrzymali prawie przez trzy miesiące. Żyli w ścisku i stresie, jeden z synów coraz częściej miał ataki astmy, a w końcu głowa rodziny – ojciec omal nie dostał zawału. – Załatwił nas agent nieruchomości – mówią.

Gdy dwójka najstarszych dzieci spędzała swe ostatnie wakacje w Polsce, ich rodzice poszukiwali mieszkania. Byli już tu razem z półtoraroczną Zuzanną i 6-letnim Hubertem i chcieli znaleźć godziwe warunki dla całej swojej rodziny. Wiedzieli, że nie będą mieszkać w pałacu, ale nie zakładali życia w skrajnych warunkach.

Jak w akademiku


M. przedstawił im się jako agent działający w imieniu landlorda. Był nadzwyczaj usłużny, choć trochę bolało Polaków traktowanie jako kolejnych emigrantów, co to pojęcia nie mają o życiu w cywilizowanym kraju. Ale M. miał dokładnie to, czego potrzebowali. Zaproponował im wynajęcie jednego dużego pokoju od zaraz, a od września kolejnego – dużego i ładnego, w idealnym stanie. Widzieli sporo ofert, flatów ruin, zdewastowanych pokoi w mało bezpiecznych miejscach Crawley i z trudnym dojazdem na lotnisko, gdzie pracował Waldemar.

Ta oferta była zdecydowanie najlepsza. Minus był tylko jeden: współlokatorzy. W domu z czterema sypialniami mieszkała już trójka obcokrajowców, ale – jak usłyszeli małżonkowie – chętni do zamieszkania ze spokojną rodziną. Renata i Waldemar poczuli się trochę jak w akademickich czasach. Snuli jednak plany, że z czasem, kiedy część lokatorów się wyprowadzi, będą mieszkać normalniej i że może nawet z czasem uda im się wynająć cały dom.

Opowieści o M. usłyszeli niedługo po tym, jak się wprowadzili. Kamila miała żal, że za kilkudniową wizytę mamy otrzymała od M. rachunek niemalże według cennika hotelowego. Adriana znała historię z innego domu nadzorowanego przez M., który wtargnął doń w czasie imprezy i zrobił awanturę za przyjmowanie gości, co skończyło się wezwaniem policji. Wszyscy skarżyli się, że nie mogą swobodnie zaprosić do domu gości i że M. składa im ciągle niezapowiedziane wizyty kontrolne. W aneksach do umów otrzymali zasady korzystania z odkurzacza, czajnika, kuchenki, a nawet pouczenie o właściwym stosowaniu „Domestosa” do toalet, a „Mr Muscle” do kuchni i łazienki. Opowiadali też o parze wyrzuconej na bruk za to, że spóźniała się z płatnościami.

Renata i Waldemar zapłacili kolejny czynsz i coraz śmielej myśleli o zapuszczeniu tu korzeni na dłużej. Przy rejestracji do GP poproszono ich o kopię umowy wynajmu. Podpisali ją, ale wciąż oczekiwali na jej zwrot, bo M. był tylko pośrednikiem, a umowa wymagała podpisu właściciela. M. twierdził, że umowa pechowo utknęła u landlorda, który wyjechał na wakacyjny urlop.

Gdzie kontrakt?

Gdy Waldemar pojechał do Polski po synów, Renata poprosiła o udostępnienie obiecanego pokoju dla chłopców... M. kategorycznie powiedział, że żadnego drugiego pokoju nie otrzymają. Renata powołała się na umowę, ale usłyszała:
– Przecież wy nie macie żadnej umowy!

Zaczął grozić, że ich wyrzuci, bo wprowadzili się... samowolnie. Renata poszła więc po poradę do councilu, gdzie uspokajano ją, że wyrzucenie ich na bruk jest niemożliwe. Mimo to wychodząc z domu, każdorazowo zabierała ze sobą dokumenty, pieniądze, pampersy dla Zuzanny, bieliznę, zapasowe ubranie. Negocjacje z M. przejęła prawniczka z fundacji Shelter. Woleliby tu zostać, a nawet wynająć cały dom po wyprowadzeniu się reszty lokatorów, ale okazało się, że właściciel ma kłopoty ze spłatą kredytu i zamierza wystawić posesję na sprzedaż. Małżonkowie postanowili więc szukać innego mieszkania.

– Nie róbcie tego – radziła ich doradczyni z Sheltera. – Jeśli się wyprowadzicie, M. wyciągnie umowę i każe wam zapłacić za okres, który macie zakontraktowany.

Nie było wyjścia. Żeby zmusić landlorda do zwrotu kontraktu albo legalnie opuścić przeludnioną posesję, trzeba było zgłosić sprawę do Enviromental Health Department w Crawley Borough Council. Już w trakcie wizytacji usłyszeli od inspektora: – Ponieważ są tu warunki do mieszkania dla waszej rodziny, landlord będzie musiał udostępnić wam przestrzeń. W końcu ma dwa wolne pokoje.

– A jeśli nie udostępni? – dopytywali się małżonkowie.
– Wtedy council wam pomoże, bylebyście się sami nie wyprowadzili, bo zrobicie się „intentionally homeless” – radził inspektor.

Nie chcieli stać się bezdomnymi na życzenie, tylko żyć normalnie, wynajmując mieszkanie, ale obiecane naciski na M. ze strony Departamentu Zdrowia jakoś osłabły, a sytuacja w ich jednopokojowej „rezydencji” była coraz bardziej nie do wytrzymania. Chłopcy nie mieli gdzie odrabiać lekcji. 11-letniego Gustawa ciągle męczył kaszel i każdego ranka budził się z atakiem astmy, bo było zbyt duszno. Gdy zdarzył się kolejny poważniejszy atak, Renata pojechała z synem do szpitala. Następnego dnia znowu. Tym razem mąż skarżył się na ból w klatce piersiowej. Ponieważ badanie i zapis EKG sugerowały objawy zawału, Waldemar musiał zostać na oddziale.

Pozdrowienia od landlorda


W końcu doczekali się odpowiedzi z councilu. Właścicielowi wytknięto brak licencji na wynajem domu, wadliwą instalację gazową, brak zabezpieczeń przeciwpożarowych i poręczy na stromych schodach. Zagrożono karą 5 tysięcy funtów w przypadku braku chęci do współpracy i zmiany położenia rodziny więzionej w jednym pokoju. Spodziewanej reakcji nie było, więc council umożliwił rodzinie przeprowadzkę do innego prywatnie wynajmowanego domu. Odetchnęli, że w końcu skończyła się niezawiniona przez nich gehenna.

Do happy endu jest jeszcze daleko. Ostatnio listonosz doręczył im niespodziankę od M. Rzekomo złamali warunki kontraktu, wyprowadzając się przed umówionym terminem, więc nie mogli liczyć na zwrot depozytu. W połowie stycznia nadeszły kolejne „pozdrowienia” z żądaniem zapłaty zaległego czynszu grudniowego i styczniowego.– Czy ktoś znajdzie na niego sposób? – pyta polska rodzina.

Podziel się na:
  • facebook
  • blip
  • twitter
  • sledzik
  • wykop

Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.

  • ~justyna 86.171.167.* 22.09.2009 17:51 | Ocena: 0 (głosów: 0)
    Dlaczego ta rodzina nie starala sie o mieszkanie z councilu,z czworka dzieci bez problemu powinni je dostac
  • ~niki 86.0.107.* 06.03.2009 09:45 | Ocena: 0 (głosów: 0)
    Jak mozna sie wprowadzic nie majac kontraktu w rece? Jezeli aneksy umow im sie nie podobaly to po co to podpisali?!! Glupota nie zna granic- a teraz wyplakuja sie na lamach gazety...

Temat numeru 426, 18 maja 2012 Dogaszanie Ogniska

Pogłoski o sprzedaży Ogniska Polskiego krążyły co najmniej od kilku lat. Wówczas oburzenie mieszało się z niemocą. Teraz, gdy groźba sprzedaży nieruchomości w samym sercu Londynu niebezpiecznie się przybliżyła, zaroiło się od mniej i bardziej